Mieliśmy budować społeczeństwo obywatelskie, a stworzyliśmy prywatne księstwa. W wielu miastach i gminach piękna fasada samorządności to dziś tylko dekoracja, która skrywa brutalną prawdę o lokalnych układach. To, co każdego dnia rozgrywa się w kuluarach urzędów, mieszkańcy coraz częściej i odważniej określają jednym terminem: to jest jawna korupcja polityczna.
Posady dla znajomych, zlecenia dla „zaprzyjaźnionych” firm i bezwzględne niszczenie każdego, kto śmie mieć inne zdanie. Styl zarządzania wielu włodarzy uderzająco przypomina czasy słusznie minione. Brak przejrzystości, arogancja władzy i sprowadzanie radnych do roli maszynek do głosowania to standardy jak za głębokiego PZPR. Powrócił model, w którym „towarzysz” na stanowisku ma monopol na nieomylność.
Jak to możliwe, że takie mechanizmy działają latami w biały dzień? Odpowiedź jest prosta i przerażająca: ten układ kupił sobie milczenie i aplauz. Ci, którzy z definicji powinni patrzeć władzy na ręce i bronić interesu obywateli, dziś gorliwie jedzą tej władzy z ręki. Zamiast czwartej władzy mamy lokalne tuby propagandowe. To nie są redaktorzy, to pseudo dziennikarze na pasku władzy, których jedynym celem jest produkcja urzędowego PR-u i fotografowanie uśmiechniętego burmistrza przecinającego kolejną wstęgę.
Nie miejmy złudzeń i przestańmy używać eufemizmów. Kiedy za pieniądze z naszych podatków – poprzez reklamy miejskich spółek, fikcyjne zlecenia promocyjne i lukratywne patronaty – kupuje się lojalność lokalnych redakcji, nie ma to nic wspólnego z mediami. To czysta prostytucja medialna.
Sprzedano nasze prawo do informacji za kilka ciepłych posad i grantów. Dopóki jako społeczność nie zaczniemy bojkotować opłacanej propagandy i rozliczać władzy z każdej wydanej złotówki, ten toksyczny układ będzie trwał nadal. Czas przerwać zmowę milczenia!

















